W połowie marca nasza 50-osobowa ekipa ruszyła na podbój Lasu Bielańskiego. Szukaliśmy słońca i odpoczynku od zgiełku, a znaleźliśmy królewskie serca, jazz w podziemiach i całkiem sporo pytań o to, czy w epoce smartfonów da się w ogóle uciec od hałasu.
Spacer zaczęliśmy klasycznie – od starych dębów i góry Bochenek, gdzie w dawnych czasach kręciła się kultowa bielańska karuzela. Chwilę później przenieśliśmy się w czasie prosto do XVII w., trafiając do kamedulskiej pustelni, która o dziwo oparła się dziejowym zawieruchom. Nic dziwnego, że lubili tutaj wypoczywać królowie: Władysław IV i jego brat, Jan Kazimierz Waza.
Podczas zwiedzania rokokowego kościoła dowiedzieliśmy się, że za jednym z obrazów schowane jest serce króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego oraz jego matki. Obejrzeliśmy kilkanaście dawnych eremów, czyli domków budowanych tak, by zapewnić mnichom totalny, „święty” spokój zgodnie z regułą św. Romualda. Mogliśmy nawet dotknąć białego habitu i skromnych mebli, które przyjechały tutaj aż z Krakowa.



To miejsce skłoniło nas do refleksji: Czy cisza w dobie pędzącego Internetu to skarb, czy może przekleństwo? Czy ucieczka za wysoki mur ma jeszcze sens, czy lepiej szukać spokoju we własnej głowie?
Z pomocą w egzystencjalnych rozważaniach (oraz w ugaszeniu pragnienia) przyszedł ks. Wojciech oraz Katolickie Centrum Kultury „Dobre Miejsce”. Napiliśmy się herbaty w kawiarni ukrytej w kościelnych podziemiach. Siedzieliśmy w iście doborowym towarzystwie… doczesnych szczątków dawnych pustelników. Co zabawne, mnisi nie zaznają tam już absolutnej ciszy – zyskali za to świetną oprawę muzyczną, bo cyklicznie odbywają się tam koncerty jazzowe!
Naszą wędrówkę zwieńczyliśmy w stylu XIX-wiecznych warszawiaków pielgrzymujących tu na Zielone Świątki – zatrzymaliśmy się przy grobie Stanisława Staszica. Warto dodać, że ten wielki społecznik sam wybrał sobie tę urokliwą miejscówkę na wieczny spoczynek.





opr. Krzysztof Sójka
