Zapraszamy do lektury szczególnego wywiadu z naszą współpracowniczką, Kateryną Zelinską. Katya choć związana z JRS jest już od 2022 r., to na początku poznawała fundację jako studentka j. polskiego. Z czasem – przechodząc przez etap wolontariatu – stała się pełnoetatowym pracownikiem, bez którego trudno dziś sobie wyobrazić codzienne funkcjonowanie warszawskiego ośrodka JRS. Zapraszamy do lektury!
Katya, witaj. Na początek powiedz proszę, jak to się stało, że przyjechałaś do Polski? Pochodzisz z Chmielnickiego, a w Odessie skończyłaś farmację. W jakich okolicznościach wyjechałaś z Ukrainy?
Przyjechałam do Warszawy w marcu 2022 roku. Skierowałam się od razu tutaj, ponieważ miałam tu znajomych, którzy na początku bardzo mi pomagali. Do JRS-u trafiłam właściwie przez przypadek. Zamieszkałam już wtedy w jezuickim kolegium. Szukałam kursów językowych, bo wtedy, w marcu, bardzo brakowało wolnych miejsc. Zaczęłam chodzić na wieczorny kurs w okolicach Dworca Centralnego, ale wkrótce dowiedziałam się, że w JRS też można się uczyć polskiego. Kiedy tam przyszłam, na początku… nikogo nie było! (śmiech) Dopiero po chwili spotkałam jezuitę, Arka Ciemiengę. Zapisał mnie i pokierował na spotkanie do siostry Agaty. W ten sposób dostałam się na trzymiesięczny, niezwykle intensywny kurs, który prowadziła Ania Sawicka.
Czyli trafiłaś do JRS-u, bo chciałaś się uczyć polskiego. Pamiętasz swoje pierwsze wrażenia? Jak wtedy odbierałaś tę organizację?
Od samego wejścia poczułam ogromną przytulność. Było bardzo komfortowo, miło i czuło się wsparcie. Poznałam wtedy s. Agatę, s. Urszulę, a później Sylwię Jankowską. JRS robił akurat zbiórkę na rzecz Ukrainy, a ja też organizowałam własną – zbierałam artykuły higieniczne dla potrzebujących dzieci. Przyszłam przekazać te dary, choć sama jeszcze nie chodziłam tam na zajęcia, kręciłam się po prostu w pobliżu.
A jak to się stało, że ostatecznie zaproponowano Tobie pracę? Czym zajmujesz się obecnie?
Zaczęło się od kursu, a potem regularnie uczestniczyłam w kawiarence językowej, którą również prowadziła Ania Sawicka. To było ogromne wsparcie. Panowała tam spokojna, miła atmosfera, idealna do integracji. Kiedy nie masz znajomych w nowym kraju, takie miejsce jest świetne, żeby się rozwijać, poznawać kulturę i po prostu porozmawiać. Przez pierwsze półtora roku w zasadzie non stop odczytywałam wiadomości z Ukrainy. Przyjście do JRS-u pozwalało mi oderwać myśli i skupić się na czymś innym. Z czasem zaczęłam też pomagać jako wolontariuszka. W pewnym momencie s. Agata i Sylwia zadzwoniły do mnie, mówiąc, że mają dużo pracy i potrzebują wsparcia organizacyjnego, bo odchodził jeden z pracowników. Zgodziłam się spróbować, choć nie byłam pewna, czy sobie poradzę. Udało się całkiem dobrze i tak już zostałam!


Dużą częścią Twojej pracy jest koordynowanie kursów języka polskiego dla Ukraińców. Jak to teraz wygląda? Ile osób bierze w nich udział?
Obecnie organizuję kursy dla czterech grup (wcześniej mieliśmy ich nawet osiem). Zapotrzebowanie jest wciąż duże, od poziomu początkującego (A1) do zaawansowanego (B1, a nawet z elementami B2). Maksymalnie w grupie jest 12 osób, co aktualnie daje nam łącznie niespełna 50 kursantów. Nasze kursy są intensywne: trwają pięć miesięcy, a zajęcia odbywają się przez pięć godzin lekcyjnych w tygodniu.
Moja rola w JRS to jednak znacznie więcej niż tylko logistyka kursów. Jestem „pierwszym kontaktem” – prowadzę recepcję i obsługuję infolinię. Co ważne, przyjmuję absolutnie wszystkich, niezależnie od narodowości. Każdy, kto do nas puka lub dzwoni, może liczyć na pomoc i poświęcony czas. Niezależnie od tego, czy pomagam osobiście na miejscu, czy przez telefon, staram się, by nikt nie został bez wsparcia. Zapisuję też osoby na porady prawne do s. Urszuli.
Zajmuję się też całym „zapleczem” projektowym. Przygotowuję niezbędną dokumentację, pilnuję list obecności i podpisów, a także prowadzę ankiety ewaluacyjne. Do moich zadań należy również składanie list zakupów i dbanie o zaopatrzenie biura, a nawet projektowanie zaproszeń czy dyplomów w Canvie. Ogromną radość sprawia mi przygotowywanie Mikołajek – wtedy osobiście zajmuję się pakowaniem paczek, dobierając je indywidualnie pod każde dziecko, by poczuło się wyjątkowo. Bardzo zależy mi też na relacjach w zespole, więc zawsze pamiętam o urodzinach czy imieninach współpracowników – wierzę, że dobra energia wewnątrz przekłada się na jakość pomocy, którą dajemy innym
Z s. Agatą współkoordynuję też wydarzenia okresowe, takie jak Dzień Matki czy Dzień Migranta i Uchodźcy i również inne, i muszę przyznać, że to właśnie praca przy projektach międzykulturowych daje mi ogromną satysfakcję. Najbardziej urzeka mnie atmosfera wydarzeń na dziedzińcu Kolegium u Jezuitów – to taka unikalna, luźna przestrzeń. Nie jest tak sztywno jak w sali konferencyjnej, ale jednocześnie czuć większą bliskość niż na zwykłej ulicy. Dzięki temu ludzie szybciej się otwierają i nawiązują dialog, bez względu na pochodzenie. Różne kolory strojów, zapach jedzenia i muzyka niosąca się do góry – tworzy klimat, którego nie da się podrobić. Ale i tak najbardziej poruszający jest moment, kiedy widzę sąsiadów z różnych stron świata, jak wspólnie siadają przy jednym stole, tańczą albo biorą udział w warsztatach. Wtedy czuję, że moja praca ma realny sens i naprawdę łączy ludzi.


Jakie masz plany na przyszłość?
To trudne pytanie, bo nie wiem, jak potoczy się życie. Najważniejsze, żeby wszystko ułożyło się dobrze. Chciałabym zostać w Polsce. Z wykształcenia jestem farmaceutką. Choć mam już za sobą kilka podejść do nostryfikacji dyplomu, to jednak proces wciąż jest w toku.
Studiowałaś w Odessie, z dala od rodzinnego Chmielnickiego. A gdzie teraz jest Twoja rodzina?
Mieszkałam w Odessie przez ponad sześć lat, podczas gdy moja rodzina została w Chmielnickim. Odwiedzałam ich dwa razy w roku, na Boże Narodzenie i Wielkanoc. Teraz część mojej rodziny jest w Polsce, a część wciąż w Ukrainie.
Czego życzyłabyś JRS-owi na przyszłość?
Życzyłabym dalszego rozwoju. Chciałabym, żeby ludzie w wielu krajach wiedzieli, że to organizacja, która działa z całego serca. JRS oddaje swoje serce, wspiera innych, i bardzo bym chciała, żeby to dobro do nich wracało i pomnażało się wiele, wiele razy.
Na koniec powiedz proszę, co najbardziej lubisz w swojej pracy?
Zaskoczyłeś mnie tym pytaniem! Na pewno najbardziej lubię ludzi. Panuje tu świetna atmosfera i niesamowita solidarność. I to nie taka korporacyjna czy czysto pracownicza, ale po prostu ludzka. Bardzo cenię to, że drugiego człowieka traktuje się tutaj przede wszystkim jako osobę – z jego historią i emocjami, a nie jak kolejny „przypadek” do odhaczenia. To poczucie, że możemy na sobie polegać i nawzajem się wspieramy, daje mi ogromny spokój. Uwielbiam te momenty, gdy ta dobra energia z naszego zespołu przelewa się na podopiecznych – kiedy widzę, że ktoś, kto przyszedł do nas zestresowany, wychodzi z uśmiechem, bo poczuł się wysłuchany. Ta autentyczność i serce, które każdy tutaj wkłada w swoją pracę, sprawiają, że to miejsce jest naprawdę wyjątkowe
Jak wolisz, żeby się do Ciebie zwracać? Katya, Katarzyna czy Kasia?
Dla mnie nie ma to większego znaczenia! Ktoś może mówić Kasia, ktoś Katarzyna, a ktoś Katya albo Kasieńka. Jestem otwarta i nie sprawia mi to najmniejszego problemu. Dla mnie to jest po prostu miłe. Ta różnorodność imion w pewien sposób pokazuje, że jesteśmy tu dla siebie ludźmi, a nie tylko urzędnikami czy pracownikami.

Kateryna Zelinska – W JRS Polska odpowiedzialna m.in. za działy „Pomoc uchodźcom” oraz „Kursy językowe”. Pochodzi z Chmielnickiego na Ukrainie, zakończyła studia farmaceutyczne w Odessie. Z JRS związana od 2022 r.
Rozmawiał Rafał Bulowski sj
