Tym razem zapraszamy do lektury wywiadu ze znaną prawdopodobnie wszystkim, którzy mieli kontakt z JRS Poland, czyli z s. Agatą Mazepą. Będzie trochę historii, poważnych przemyśleń, ale też drobne akcenty bałkańskie… Zapraszamy!
Na początek powiedz, proszę, jak to się stało, że trafiłaś do fundacji JRS i zaczęłaś współpracować z jezuitami na polu niesienia pomocy migrantom i uchodźcom?
Początki były takie, że bardzo chciałam pracować z migrantami jeszcze będąc w Lublinie, kiedy stworzony został tam pierwszy obóz dla uchodźców po wojnie bałkańskiej, tak mi się przynajmniej wydaje… Choć wtedy jednak okazało się to niemożliwe, to pragnienie służenia uchodźcom oddałam Panu Bogu. Mieszkając już w Warszawie, miałam możliwość odbycia wolontariatu, by skonfrontować się z trochę inną rzeczywistością. Wyjechałam wtedy do Kirgistanu. Jakiś czas po powrocie zaczęłam szukać pracy, też oddając ją Panu Bogu. No i spotkaliśmy się w 2013 r., jak Ci wiadomo, w jezuickim kościele p.w. M.B. Łaskawej na warszawskim Starym Mieście. I tak to się potoczyło. Wspólnie rozpoczęliśmy wtedy pracę w nowo utworzonym Jezuickim Centrum Społecznym „W Akcji”.
Jakie były początki?
Jak pamiętasz, pracowałam wtedy w niedużym wymiarze, chyba 14 h w tygodniu. Takie były początki. Pracę w JCS skończyłam w 2016 r. pracując już wtedy na trzy czwarte etatu. Potem była przerwa.



Przerwa?
Poprosiłam moje zgromadzenie o tak zwany rok sabatyczny. Po roku wyjechałam do Serbii, gdzie miałam okazję pracować w otwartym ośrodku dla nieletnich chłopaków, uchodźców, głownie z Afganistanu i Iranu, który prowadził miejscowy JRS. Pracowałam wtedy – zresztą zgodnie z charyzmatem mojego zgromadzenia, jako kucharka i jako osoba sprzątająca. Jako cudzoziemka nie miałam innej możliwości. Ale plusem było to, że miałam bezpośredni kontakt z chłopakami i brałam pełny udział w ich życiu oraz w ich zaangażowaniu by się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Przez te prawie 3 lata miałam okazję zobaczyć i się uczyć, jak funkcjonuje otwarty ośrodek dla nieletnich migrantów. Chłopcy, którzy tam mieszkali, mieli obowiązek chodzić do szkoły, byli też wolni by zdecydować, czy chcą iść na tzw „gate” czyli przedrzeć się do Unii. Wbrew pozorom było to częste i niestety niebezpieczne zjawisko. Jeden z nich o mało nie utonął w rzece.
Następnie wróciłam do Polski, była pandemia. Po pandemii zostałam ponownie posłana do Warszawy. W tym czasie zmarł mi Tata.
Z przełożonymi mieliśmy taki cichy układ, już po śmierci Taty, żeby mi znaleźć pracę, która będzie moja. No i zadzwoniłam – tak mi strzeliło do głowy – do o. Łukasza Lewickiego, który był wówczas szefem jeszcze JCS-u. I to był właściwie chyba styczeń. Łukasz zaprosił mnie do współpracy od 2 lutego 2022. Pierwsza akcja po starcie to był tłusty czwartek, 24 lutego. Tego samego dnia wybuchła wojna na Ukrainie. I byłyśmy tylko we trójkę, Łukasz, Ulka i ja.
No i zaczęła się cała ta historia. Wtedy jeszcze pracowałam na pół etatu, bo więcej się nie dało.
Patrząc na te cztery lata pracy po powrocie, po doświadczeniach w Serbii, wcześniej w JCS-ie, wróciłaś po czterech latach, właśnie już w kontekście wojny. Gdybyś miała w kilku żołnierskich słowach odpowiedzieć czym JRS jest dzisiaj, jak byś odpowiedziała?
Dla mnie idea generała jezuitów, o. Pedro Arrupe (założyciel JRS – red.) oraz samego początku JRS-u, tego czym powinien być, jest niezwykle bliska i bardzo się z nią utożsamiam. Wydaje mi się, choć może przypisuję sobie za dużo, to instynktownie chyba czuję, co ojciec chciał, czym chciał, żeby JRS był. Bo kwestia czym JRS jest dzisiaj, jest tak różna, że chyba jest mi trudno to zdefiniować.
Ja wiem, co ja bym chciała. Albo inaczej: jak ja bym chciała, czym miałby być. I mniej czy bardziej umiejętnie próbuję tak ustawiać sobie pracę i relacje z ludźmi, żeby to było jak najbliższe ideałowi o. Arrupe. O ile w ogóle mogę tak powiedzieć… Więc na pewno, choć nie wszyscy lubią tak myśleć, ma to być miejsce przyjazne: powiedzmy, że dla jednych dom, dla innych przyjazne środowisko. Nie upieram przy terminologii, ale w każdym razie JRS powinno być miejscem przyjaznym, bezpiecznym, gdzie każdy może przyjść, pobyć, zostać wysłuchany. To w pierwszej kolejności. I dopiero potem, już po rozeznaniu, można udzielać jakiejś konkretnej pomocy.
Ale ta pierwsza pomoc, to powiedzmy w tej współczesnej nomenklaturze, niech się ona nazywa, nie wiem, może jako inkulturacja czy przyjęcie. Ale dla mnie to jest to nasze (Małych sióstr Jezusa – red.) słowo z francuskiego, ten accueille, czyli jakby: miejsce przyjęcia. I ono z kolei od nas pracowników powinno wymagać jednak pewnej umiejętności. To nie jest wszystko jedno. W moim poczuciu osoby, które tu pracują, muszą mieć chociaż minimalną umiejętność i predyspozycje takie naturalne do tego, żeby człowieka przyjąć i wysłuchać takiego, jaki jest.


Agato a co Ci sprawia największą radość? Dlaczego Ci się chce przychodzić do pracy, do JRS-u?
Nie wiem, czy mogę to powiedzieć, ale to jest bardzo egoistyczne, ponieważ ta praca mnie rozwija. Jest to praca wymagająca, naprawdę, czasami czuję się zmęczona fizycznie. Uważam, że nie jest to praca dla osoby tuż przed emeryturą. Przynajmniej w takim w sensie w jakim ją rozumiem. Bardzo cieszę, bo się czuję zaproszona przez Pana Boga, żeby nie pozostać na tym samym etapie. Mogę to sobie tłumaczyć, że już wiele widziałam, już wszystko wiem, już będę odpoczywać, ew. udzielać mądrych rad. Nie! Tutaj cały czas mogę się czegoś uczyć, a także widzieć jak osoby, które były dziećmi, teraz są nastolatkami czy już właściwie dorosłymi. Mogę doświadczać, że proces inkulturacji to nie jest tylko słowo teoretyczne, ale przeciwnie: ma ono głębokie wymiar praktyczny.
Powiedz proszę, czego byś chciała JRS-owi życzyć?
To będzie bardzo poetyckie, ale to nie jest poezja: serca otwartego, ucha otwartego, chęci, żeby się chciało. Empatii, żeby się nie obawiać, że niektóre rzeczy pozostaną niemożliwe, bo jeśli ktoś naprawdę słucha i sercem, i uchem, to naprawdę mało jest rzeczy niemożliwych. Jeśli tylko pozostać na słowie, na wypiciu herbaty i na nic-nie-robieniu, to faktycznie… Ale ze spotkanie niemal zawsze wynika jakieś działanie. I żeby nie wymyślano, co by dla ludzi było dobre, ponieważ Nam się wydaje, że będzie dobre. Chciałabym życzyć JRS-owi, żeby najpierw słuchał, a dopiero potem działał.

s. Agata Mazepa – siostra ze zgromadzenia Małych sióstr Jezusa. Rodem z pogranicza polsko-ukraińskiego. W pomoc uchodźcom i migrantom zaangażowana od 2013 r. (Jezuickie Centrum Społeczne „W Akcji”), następnie od początku 2022 r. z JRS Poland. W międzyczasie kilka lat pracowała także na Bałkanach, w Serbii, gdzie także związała się z JRS-em.
Rozmawiał Rafał Bulowski sj
