W niedzielę 31.05 dziedziniec warszawskiego kolegium jezuitów przy ul. Rakowieckiej zamienił się w kolorowy plac przyjaźni i radości. Nie mogło być inaczej: świętowaliśmy Dzień Mamy oraz Dzień Dziecka. Niech żałuje ten, kto nie mógł zajrzeć!
W tym roku z racji wspomnianych uroczystości postanowiliśmy zorganizować wspólny piknik rodzinny. Wyszło wspaniale: dopisała zarówno pogoda, jak i frekwencja. Od południa do blisko godz. 18-tej dzieciniec rozbrzmiewał śmiechem, krzykami bawiących się dzieci, rozmowami oraz muzyką. Tegoroczną megaatrakcją była dmuchana zjeżdżalnia. Mimo trudności, s. Agacie oraz Katii udało się zorganizować wielkiego dmuchańca, do którego od początku ustawiła się długa kolejka chętnych. Wszystko oczywiście pod okiem profesjonalnej obsługi i z zachowaniem zasad bezpieczeństwa. Ogromny potok dzieci pojawił się zaraz po zakończeniu Mszy św. o godz. 11-tej, tzw. mszy dziecięcej. Celebracja liturgiczna płynnie zamieniła się we wspólną zabawę.
Prócz parafian i sąsiadów parafii św. Andrzeja Boboli, znaczą część bawiących się stanowili przyjaciele JRSu: migranci z wielu krajów, reprezentancie różnych kultur i religii. Świętowanie miało więc charakter międzykulturowy oraz międzyreligijny i było nam z tym bardzo dobrze. Połączyła nas dziecięca radość oraz szacunek dla wszystkich Mam. One nie znają podziałów religijnych czy narodowościowymi, a jednocześnie jest w nich dużo boskości: „pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie” – mówi Jezus. Wspólna zabawa i rozmowa przy grillu mogą okazać się dużo ważniejszym doświadczeniem w kształtowaniu postawy wobec migrantów (jak również migrantów wobec Polaków!) niż niejeden dokument podkreślający potrzebę integracji i gościnności. Choć nie zawsze bywa to łatwe, Ewangelię znacznie lepiej wcielać w życie, niż jedynie o niej mówić…







Ogromnym zainteresowaniem cieszyła się także wielosmakowa wata cukrowa. Swój debiut przy maszynie obsługującej miał ks. Krzysztof Stafin SJ, student teologii. Sądząc po kolejce zainteresowanych watą, Krzysztofowi poszło chyba bardzo dobrze. Doktorat z chemii nie poszedł na marne! Tuż obok znajdował się grill, obsługiwany przez wytrwały, polsko-uzbecki duet naszych wolontariuszy. Szaszłyki z kurczaka spróbowała pewnie połowa mieszkańców Mokotowa! Cieszymy się, że nasze służenie jest tak owocne i przynosi wielką radość.
Wśród innych atrakcji nie zabrakło oczywiście uzbeckiego płowu, sams, ukraińskich ciast, ciastek, ciasteczek i pysznych sałatek. Wypito kilka setek litrów napojów (poniżej podpisany osobiście nawiedzał w trakcie imrezy okoliczne sklepy wykupując soki…). Kilka wolontariuszek w pocie czoła malowało twarze, inna robiła tatuaże z henny. Ekipa z krajów Afrykańskich zasłynęła z robienia kolorowych warkoczyków. W jezuickim ogrodzie była strefa dla najmłodszych: dzieciaki mogły pobiegać po trawie i uczestniczyć we wspólnych zabawach. Rodzice biegali za swoimi pociechami, a w międzyczasie siedzieli, rozmawiali, jedli… tańczyli. Czy ktoś dziwił się temu co się dzieje? Chyba nie, to przecież impreza u jezuitów na Rakowieckiej: nie mogło być inaczej.
Dziękujemy wszystkim wolontariuszom i sympatykom JRS: takie spotkanie jak dziś nie mogłoby się odbyć bez Waszego ofiarnego zaangażowania. Cieszymy się, że współdzielicie naszą misję: towarzyszyć – służyć – wspierać. Słowa te bardzo korespondują z dzisiejszą Uroczystością Trójcy Świętej: radość liturgii przeniosła się na plac, do naszych rozmów oraz służenia.
Rafał Bulowski sj











































