„Pewien zaś Samarytanin, wędrując, przyszedł również na to miejsce. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko” (Łk 10,33). Wyobraź sobie drogę: kamienistą, pustą, prowadzącą z Jerozolimy do Jerycha. A na niej leżący człowiek – pobity, okradziony, na wpół żywy. Nie wiemy, jak się nazywał, skąd szedł, dokąd zmierzał. Wiemy tylko, że tam leżał, podczas gdy inni przechodzili obok.
A gdybym to ja…
Spróbujmy jednak spojrzeć na tę scenę inaczej niż zwykle się na nią patrzy. Nie z pozycji przechodnia, który zastanawia się, czy się zatrzymać. Spróbujmy, choć na chwilę, postawić się w miejscu tego pobitego: Leżę przy drodze. Nie mam siły się podnieść. Okropny ból przeszywa moją głowę. Słyszę kroki – pierwszy, drugi, trzeci… Jak teraz patrzę na tę scenę? Zanim dojdziemy do pytania „Co powinienem zrobić dla innych?”, zacznijmy od innego: „Czego bym sam teraz potrzebował od innych?”. Czy wystarczyłoby, żeby ktoś mnie po prostu dalej nie krzywdził i dalej obojętnie mijał? Czy może potrzebowałbym czegoś więcej, np. żeby ktoś się zatrzymał, zainteresował, spytał co mi jest, a najlepiej żeby mi pomógł, udzielił pierwszej pomocy… A przez to uznał, że jestem człowiekiem, a nie problemem do ominięcia?
Serce zbyt zmęczone, żeby zobaczyć
Papież Franciszek zauważa w encyklice Fratelli tutti, że kapłan i lewita patrzą tylko na siebie i nie biorą odpowiedzialności za to, czego wymaga od nich rzeczywistość: leżący, okradziony i skrzywdzony człowiek. Odpowiedzialność to nic innego jak moja osobista odpowiedź na to, co widzę. Udzielam odpowiedzi wsłuchując się w głos sumienia (Boży GPS), działając zgodnie z moimi wartościami, szukając możliwości w wyobraźni miłosierdzia, a także uznając, że jestem wolny i mogę samemu zdecydować o swoim postępowaniu. Przeciwieństwem odpowiedzialności bywa właśnie obojętność. Najczęściej nie rodzi się ze złej woli. Rodzi się z chęci zagwarantowania bezpieczeństwa, ale właśnie wyłącznie sobie. Czasem rodzi się z przemęczenia serca, z tego, że mamy już tak wiele obrazów cierpienia w telefonie, w telewizorze, w rozmowach, iż serce zaczyna się bronić, zamykać, przechodzić dalej, żeby tylko przetrwać.
Przemęczone serce zapomina o bardzo prostej prawdzie: że człowiek, obok którego przechodzę, nie jest przypadkowym elementem mojej drogi. Jest moim bratem, moją siostrą. Kimś, z kim jestem w drodze. Bo moja droga z Jerozolimy do Jerycha to droga, gdy idę ulicą, jadę pociągiem, czekam w poczekalni urzędu, spaceruję w parku lub jestem w sklepie. To moje małe odcinki tej największej drogi: do nieba. Kapłan, lewita i ranny człowiek idą tą samą drogą, może nawet ku temu samemu celowi – a mimo to dwaj z nich nie zauważają jak wiele ich łączy z pobitym i okradzionym. Przeciwnie, akcentują to, co ich dzieli: status, religię, pozycję.
To jest chyba najprostsza współczesna definicja bliźniego: to nie tylko ten, kto mieszka blisko, myśli podobnie albo mówi moim językiem. Bliźnim jest także ten, kto jest ze mną w drodze do tego samego celu.
A przybył do Polski z bliska lub z daleka. Mówi lub nie mówi po polsku. Wygląda oryginalnie, obco lub tak jak ja, itd. A takich osób wokół nas coraz więcej. To niepełnosprawni, osoby w kryzysach, dorośli, ale w jakiś sposób niezaradni życiowo, pogubieni oraz różne grupy osób wrażliwych, a także migranci i uchodźcy… To każdy człowiek, którego spotykam na swojej drodze, który jest współpielgrzymem. Nie musi być wtedy przeszkodą czy zagrożeniem. Jest moim bratem, moją siostrą i owszem mam prawo stawiać mu granice, zwracać uwagę, gdy taka zachodzi potrzeba, bo ja również wymagam i potrzebuję bezpieczeństwa.
Zanim jeszcze coś zrobimy
W przypowieści jest jeden moment, który łatwo przeoczyć, choć jest sercem całej tej sceny. Samarytanin, zanim cokolwiek zrobił, zanim opatrzył rany, zanim zapłacił za gospodę, najpierw głęboko się wzruszył. A przecież miał, jak każdy z nas, swoje plany na ten dzień. Swoje sprawy, swój pośpiech. Jednak zdołał odłożyć je na bok i dać rannemu coś, czego dzisiaj brakuje nam chyba najbardziej: swój czas, uwagę, serce. Zanim jeszcze pomyślał, co zrobić, pozwolił sobie odczuć jego biedę, poczuć ją w sobie. Nie postawił muru między nim a sobą.
Kiedy zaczynamy odgradzać się od innych, wtedy szybko przeliczamy, ile to będzie kosztować czy to bezpieczne, kto ma większą rację, itd. Ale wtedy wzruszenie już nie ma szansy dotrzeć do naszych serc. A bez niego każda nawet najlepsza pomoc staje się zimnym obowiązkiem lub po prostu spala na panewce, kończy się wyłącznie na dobrych chęciach.
Spojrzeć w twarz i zobaczyć brata
Sprawa migrantów i uchodźców stała się w Polsce tematem sporu politycznego. Operujmy liczbami, statystykami, hasłami, którymi łatwo żonglujemy, a czasem tworzymy takie, którymi obrzucamy lub atakujemy. Jednak za każdą z tych liczb stoi konkretna osoba, która ma konkretną twarz. To unikalna historia ucieczki, straty, żałoby, ale też i nadziei. Paradoks polega na tym, że im bardziej pozwalamy sobie zobaczyć twarz drugiego i dostrzec w nim człowieka, tym bardziej sami stajemy się ludźmi. Wzruszenie nie tylko chroni tego, kto cierpi – ono chroni także nasze własne człowieczeństwo przed ranami większymi od tych, które zostały zadane pobitemu.
Jan Paweł II przypominał, że w Kościele nikt nie jest obcy, a Kościół nie jest obcy nikomu i nigdzie, i że nawet migrant bez uregulowanego statusu ma być rozpoznany i przyjęty jako brat, znajdujący we wspólnocie wierzących poczucie przynależności (zob. Orędzie na Światowy Dzień Migracji 1996, „Migranti irregolari”).
Być może wtedy nie do końca wsłuchiwaliśmy się w te słowa – sami byliśmy przecież migrantami, wyjeżdżając z Polski za chlebem, za pracą, za lepszym życiem, nie spodziewając się, że pewnego dnia to do drzwi naszej ojczyzny zapuka tak wiele osób. Dziś te słowa brzmią inaczej – nie jako pouczenie o cudzej sytuacji, ale jako przypomnienie czegoś, czego sami niedawno doświadczaliśmy. To nie nowy obowiązek, ogłoszony niedawno. To głos prawdy, którą sumienie nieustannie nam podpowiada. Choć możemy go zagłuszać.
Papież Franciszek proponował cztery braterskie gesty wobec migrantów: przyjąć, chronić, wspierać w rozwoju i włączać we wspólnotę. To w gruncie rzeczy naturalny ciąg dalszy tego samego wzruszenia, które ogarnęło Samarytanina: od zauważenia skrzywdzonego człowieka na drodze aż po towarzyszenie mu w odbudowaniu godnego życia.
Jak zachowałby się Jezus?
W ostatnim czasie narastają przypadki różnych form agresji wobec migrantów i uchodźców w Polsce. Kiedy jesteśmy świadkami niesprawiedliwości albo przemocy wobec migranta czy uchodźcy – słów pogardy, gestu poniżenia, atmosfery, w której człowiek staje się „problemem” – warto zadać sobie proste pytanie: Jak zachowałby się w tej sytuacji Jezus? Co by zrobił? Co by powiedział? Na szczęście oprócz przypadków słownej lub fizycznej agresji mamy świadectwa ludzkiej odwagi: stanięcia w obronie lżonych, poszturchiwanych, wyzywanych. To przyczynek do pytania o siebie: A co ze mną, czy jestem gotów stanąć w obronie słabszych? Jezus sam utożsamia się z tymi, którzy przyszli z zewnątrz: „Byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie” (Mt 25,35). Trudno o jaśniejszą wskazówkę, jak patrzy na przybyszów. A tym, którzy czują, że nie mają siły stanąć w obronie słabszego, jego uczeń św. Paweł przypomina: «Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia» (Flp 4,13). Bo to nie tylko wezwanie do działania – to też obietnica ogromnej mocy, byśmy mogli czynić to, co Jezus.
Nie chcę powiedzieć, że każdy z nas musi mieć gotową odpowiedź na każdy trudny spór w obszarze polityki migracyjnej. Nie ma tu łatwych odpowiedzi. Ale także nie możemy udawać, iż milczenie wobec krzywdy jest w porządku, bo nie jest. Kapłan i lewita też nikogo nie skrzywdzili. Ale to za mało. Bo nie powstrzymali cierpienia. Nasze milczenie otwiera drogę przemocy.
Obyśmy
Nie piszę tego jako pouczenia, bo sam nieraz ulegam pokusie zmęczenia czy świętego spokoju, przechodzenia dalej. Piszę to raczej jako przyczynek do osobistej refleksji, którą kieruję najpierw do siebie: Obyśmy umieli jeszcze zobaczyć w drugim człowieku brata, siostrę, kogoś takiego jak my sami w drodze do tego samego domu. Czasem faktycznie trudno jest obronić drugiego, szczególnie kiedy oznacza to, że samemu można coś stracić. Niektórzy mówią: każde dobro musi zostać ukarane. I coś w tym jest. Ale kiedy jesteśmy świadkami czyjejś krzywdy, nie tłumaczmy sobie, że to nie nasza sprawa. I obyśmy – mimo zmęczenia serca, mimo hałasu sporów, mimo pokusy, by przejść dalej – umieli się jeszcze wzruszyć i zrobić to, co do nas należy. Bo mamy do tego wszytko, czego nam potrzebo. Na tym właśnie polega człowieczeństwo.

Dariusz Michalski SJ
Dyrektor programowy JRS Polska
