A tu już nie ma Greka ani Żyda, obrzezania ani nieobrzezania, barbarzyńcy, Scyty, niewolnika, wolnego, lecz wszystkim we wszystkich jest Chrystus. (Kol 3, 11)
Niedawno miałem okazję uczestniczyć w pielgrzymce śladami św. Teresy Benedykty – Edyty Stein. To niezwykła postać. Urodzona w Niemczech, w żydowskiej rodzinie we Wrocławiu (ówczesny Breslau), wybitna filozofka, która po latach studiów przyjęła chrzest w Kościele katolickim. Na koniec wstąpiła do zakonu karmelitanek. W 1942 roku została wraz z siostrą Różą zamordowana w Auschwitz z rąk niemieckiego reżimu (9.08). Została kanonizowana przez św. Jana Pawła II i ogłoszona w 1999 roku współpatronką Europy. Ta dzielna niewiasta, pozostawiła po sobie nie tylko świadectwo męczeństwa, ale też głęboką refleksję duchową, niezwykle aktualną także w naszych czasach.
Pisała m.in.:
Nasza miłość do ludzi jest miarą naszej miłości do Boga. Ale różni się od naturalnej miłości do ludzi. Naturalna miłość jest dla jednej lub drugiej osoby połączonej z nami przez więzy krwi lub pokrewieństwo charakteru lub wspólnych interesów. Inni są „obcymi”, którzy „nie są naszą sprawą”, a nawet obrzydliwymi ze swej natury, tak że trzyma się ich tak daleko od siebie, jak to możliwe.
Dla chrześcijan nie ma „obcego człowieka”. On jest „bliźnim”, którego mamy przed sobą i który najbardziej nas potrzebuje, czy jest spokrewniony, czy nie, czy „lubimy” go, czy nie, czy jest „moralnie godny” pomocy, czy nie. Miłość Chrystusa nie zna granic, nigdy nie ustaje, nie boi się brzydoty i brudu. Przyszedł dla grzeszników, a nie dla sprawiedliwych. A kiedy miłość Chrystusa żyje w nas, czynimy to jak On i podążamy za zagubionymi owcami.
(Niemiecki oryginał w: Geistliche Texte, ESGA 19, 2009, s. 8. Cyt. za: Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu, cdim.pl/teksty/cytaty-edyty-stein-zaproszenie-do-rozmowy/)
Stein nie opisuje tu jakiejś pobożnej idei. Ona demaskuje mechanizm, który każdy z nas nosi w sobie: naturalną skłonność, by miłość rozdzielać według bliskości krwi, sympatii, wspólnoty interesów – i by wszystko, co znajdzie się poza tym kręgiem, spychać w kategorię „obcego”, „nie mojej sprawy”. A czasem wręcz potraktować z nieuzasadnioną racjonalnie, ale bezwzględną wrogością. Taka jest właśnie miłość naturalna. Jest realna, ludzka, zrozumiała – ale nie jest jeszcze miłością chrześcijańską. Bo ta nie tworzy kręgów, uprzywilejowanych kast itp. Nie pyta o pokrewieństwo, sympatię ani zasługę. Tak jak pisze o tym św. Paweł: już nie ma Greka ani Żyda, obrzezania ani nieobrzezania, barbarzyńcy, Scyty, niewolnika, wolnego, lecz wszystkim we wszystkich jest Chrystus. To jedno z najbardziej radykalnych zdań Nowego Testamentu. Nie przekreśla ono naturalnych więzi, narodowości czy struktury społecznej jako takich, ale pozbawia je charakteru rozdzielających murów. Stawia ponad nimi jedną, fundamentalną tożsamość: obecność Chrystusa w każdym człowieku. Wtedy prawdziwa miłość skupia się na tym, kto jest obok mnie i kto najbardziej potrzebuje mojej pomocy?
Bliźni bez granic
To przesunięcie – od „obcego” do „bliźniego” – jest fundamentem, a nie dodatkiem do wiary. Wtedy wierzę i postępuję zgodnie z tym, że każdy człowiek nosi w sobie obraz Boga, i że w twarzy drugiego, jakkolwiek dalekiego kulturowo, religijnie czy geograficznie, spotykam Tego, który stał się jednym z nas. Przypowieść o miłosiernym Samarytaninie nie jest tylko ilustracją dobrego uczynku. Jest przede wszystkim odpowiedzią na pytanie, które próbuje zakreślić granicę: „A kto jest moim bliźnim?”. Chrystus tę granicę znosi! Bliźnim staje się ten, kto potrzebuje mojej pomocy – niezależnie od tego, po której stronie jakiejkolwiek linii podziału się znajdzie.
Powszechne powołanie do braterstwa nie jest więc pobożnym postulatem, lecz jedynym uprawnionym sposobem patrzenia na drugiego człowieka. Każda inna optyka – plemienna, narodowa, ideologiczna, religijna w wypaczonym sensie – jest już jakąś formą zdrady tego, kim jesteśmy jako ludzie i jako wierzący. Zdrady naszego fundamentalnego powołania.
Paradoks historii
Człowiek w swojej historii dokonał rzeczy ogromnych. Stworzył wielkie cywilizacje, wzniósł wspaniałe katedry, rozszyfrował kod życia, wysłał sondy poza granice układu słonecznego, postawił stopę na Księżycu, ujarzmił energię atomu, stworzył sztuczną inteligencję. A jednocześnie wciąż na nowo zmaga się z czymś, co powinno być oczywiste: że drugi człowiek jest moim bratem lub moją siostrą, i że to jest jedyna prawdziwa miara mojego odniesienia do bliźniego. Czyli tego, z którym jestem w drodze.
Każda forma umniejszania człowieczeństwa drugiego – nazwanie go „obcym”, „innym”, „zagrożeniem”, „nie naszą sprawą” – jest początkiem dramatu. Wojny, prześladowania, przemoc wobec uchodźców i migrantów nie rodzą się znikąd. Rodzą się dokładnie w tym miejscu, o którym pisze Stein: w chwili, gdy ktoś przestaje być bliźnim, a zaczyna być kategorią, statystyką, „problemem”. To jest codzienne doświadczenie tych, z którymi pracujemy w naszej Fundacji JRS – ludzi, którzy uciekli przed wojną czy prześladowaniem i którzy zbyt często spotykają się nie z braterstwem, lecz z obojętnością lub wręcz wrogością.
Kiedy religia zdradza samą siebie
Najboleśniejsze jest to, że pokusie traktowania innych jako obcych nie opiera się czasem sama przestrzeń wiary. Można żarliwie się modlić, praktykować, a jednocześnie odmawiać drugiemu elementarnego szacunku. Historia zna formy religijności, które nie tylko nie sprzeciwiły się przemocy, ale wręcz ją błogosławiły, przedkładając „naszą rację” czy „nasz naród” nad Ewangelię. Skrajnym przejawem tego było i niestety nadal jest, wspieranie przez liderów religijnych zbrojnej agresji. A przecież prawdziwa wiara ma być źródłem pokoju i powszechnego pojednania.
Właśnie przed taką fałszywą religijnością ostrzega nas Edyta Stein. Zauważa, że prawdziwa miłość „nie boi się brzydoty i brudu” i nie szuka w drugim człowieku tego, czy jest „moralnie godny” pomocy. Chrystus przyszedł do grzeszników, a nie do sprawiedliwych. Wiara, która zamyka się w kręgu własnej doskonałości i odrzuca potrzebujących bo nie spełniają naszych oczekiwań, staje się paradoksalnie obszarem działania złego i prowadzi do zaślepienia.
Wezwanie
Ta refleksja nie miałaby sensu, gdyby miała pozostać tylko publicystyką czy feletionem. Jest przede wszystkim zachętą do osobistego rachunku sumienia – także dla mnie jako autora. Bo łatwo pisać o powszechnym braterstwie, a trudniej zapytać siebie, gdzie ja sam dzielę ludzi na „swoich” i „obcych”, gdzie moja modlitwa nie przekłada się na konkretny gest miłości. Albo wprost: komu jeszcze dziś nie umiałbym umyć nóg ze względu na płeć, kolor skóry, wyznawaną religię, poglądy polityczne itd.
Nawrócenie, do którego wzywa Ewangelia, to przede wszystkim zmiana myślenia: przejście od podziału na „swoich” i „obcych” do logiki braterstwa. To nie jest jednorazowy zryw, ale codzienna praktyka. Oznacza ona umiejętność patrzenia na każdego – uchodźcę, sąsiada, osobę o innym kolorze skóry czy odmiennych poglądach – po prostu jak na brata lub siostrę.
Świat dziś bardzo potrzebuje takiego świadectwa. Potrzebuje ludzi, którzy za przykładem Edyty Stein pozwolą miłości Chrystusa działać w sobie – i pójdą do każdego, kto czuje się zagubiony lub odrzucony. Bez stawiania warunków i bez pytania, czy na tę miłość już zasłużył.
Dariusz Michalski SJ
